Nie lubię festiwali. W każdym razie nie przepadam. Takie refleksje szumiały mi w głowie już na jednym z ostatnich Openerów kiedy zredukowałem ilość koncertów obejrzanych pierwszego dnia do skromnej liczby dwóch. Słuchanie siedmiu świetnych setów pod rząd przypomina przyjemność z siódmego pysznego deseru po tym samym obiedzie. Sprinty między scenami to zawsze jest zmora, a jeśli założymy że każdy koncert ma swoją dramaturgie, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, to zwijanie się po 20 minutach przypomina wychodzenie z meczu przed pasjonującą dogrywką.
Utwierdzenie się w takim przekonaniu połączone z rosnącym podejrzeniem że czerwcowy Sonar ma jednak lepszy line-up nie przeszkodziło mi z dziką satysfakcją wsiadać do samolotu (pozdrowienia dla Jacka!
, zwłaszcza że oprócz trzech dni festiwalu czekały jeszcze 4 dni błogiego odkrywania smaków i uroków stolicy Katalonii…
Ale skoro miało być o festiwalu… Założenie – brak napinki, oglądanie w miarę całych koncertów – zostało zrealizowane, więc poniżej zestawienie tylko kilku rzeczy wartych, zdaniem autora, odnotowania:
5. Cold Cave
Zbliżając się do Pitchfork Stage (najgorsza scena festiwalu, słabo nagłośniona, wciśnięta obok strefy gastro, o wątpliwym pseudo-industrialnym uroku) rezygnując z Shellaca mogłem tylko żałować, że nie wyszedłem z Pandy wcześniej – wtedy może załapałbym się również wizualnie na mój ulubiony „Life Magazine” – jedyny w czasie koncertu zaśpiewany przez sympatyczną Jennifer Calvin z Mika Miko wspierającą grupę, głównie klawiszowo, na koncertach. Potem nie było gorzej – charyzmatyczna wysoka sylwetka Wesley’a Eisolda schowana w półmroku sceny dobrze korespondowała z nieco gotyckim brzmieniem jego głosu, który – jak na płycie – całkiem udanie zgrywał się z kolei z electro-synth-eighties’owym party. Podobno Państwo potrafią grać 18 minutowe koncerty, tym razem solidnie odpracowali 50 minut (w tym 10 zaszumionej syntezatorowej kakofonii). Jedno z „electro pierdolnięć” jakich dużo za mało było na tym festiwalu.
4. Grizzly Bear
Wyczytałem kiedyś na blogu Bartka Chacińskiego że GB nie potrafią sobie koncertowo poradzić z rozmachem, przepychem i złożonością płyty „Veckatimest”. Koncert w Barcelonie tego bynajmniej nie potwierdził, a warto zaznaczyć, że to ona zdecydowanie dominowała wśród materiału z „While you wait…” i najlepszym chyba, świetnie budującym napięcie „Ready, Able” na czele. Było jak na płycie – wielowarstwowo, wielogłosowo, wielonastrojowo. Zespół na żywo okazuje się być bardzo zwyczajny, czasem aż zbyt, przydałoby się jednak trochę rock’n’rollowego lansu
3. Atlas Sound
W przeciwieństwie do Noah Lennoxa (o czym później) Bradford Cox okazał się być całkiem miłym chłopkiem-roztropkiem, w stylu jakby lekko niedorozwiniętym co jednak bynajmniej nie przeszkadzało licznej publiczności. Mimo mało klimatycznej godziny 19-tej oraz programowego minimalizmu (Bradford z gitarą i harmonijką + pan od pogłosów schowany z boku sceny) zestaw onirycznych psycho-ballad przetykanych nieco żywotniejszymi utworami z ostatniej płyty wypadł więcej niż sympatycznie.
2. The XX
Gdybym kierował się usłyszanymi i przeczytanymi ostrzeżeniami, powinno mnie na tym koncercie w ogóle nie być. Że nuda, że brak napięcia, że monotonne smęty… Nic z tych rzeczy. Było nastrojowo, lirycznie, hipnotyzująco. Skład uszczuplony o Barię Qureshi (niestety tę najładniejszą ze składu), czego wcześniej po mistrzowsku ignorancko nie zauważyłem, nie powala może wizerunkowo, ale to chyba tylko dodaje im naturalności. Zestaw piosenek siłą rzeczy zaskoczeniem być nie mógł, ale pozytywne że jednym z najmocniejszych punktów programu okazał się nagrany niedawno „Do You Mind” co tylko podkręca niecierpliwość przed kolejną płytą. Duża ulga, że koncertowo też dają radę.
1. Tortoise
Tak się bawią, tak się bawią post-rockowe wygi! Doskonały, erudycyjny ale jednocześnie przystępny, raczej kojąco-jazzujący niż eksperymentalny, dwu-perkusyjny (yeah) set, jedyny bodaj znany mi przypadek gdy występ festiwalowy podobał mi się bardziej niż widziany kiedyś gig klubowy. McEntire i spółka sprawiali wrażenie że mogliby zagrać wszystko lepiej od wszystkich na tym festiwalu, ale zagrali po prostu swoje, komfortowa akustycznie pięknie przylegająca do wody scena ATP tylko wzmacniała wiosenny flow, a entuzjazm jaki wzbudziła na tym emo-indie festiwalu bądź co bądź monotonna, kameralna, instrumentalna muzyka był wręcz wzruszający.
Wyróżnienia:
Pavement – od początku przyznawałem, że ja przy nich aż tak nie „doznaję”. Powędrowałem więc beztrosko na Sleigh Bells, potem wróciłem i proszę. Może się nie zakocham, ale szacunek na dzielni mają. Przemiły, odśpiewany chóralnie (przynajmniej w końcówce) zestaw, który w sporej części znałem nawet ja i uroczy Malkmus przy którym nawet kochające żony kolegów traciły na jeden wieczór głowę
The Books – przeniesieni z 19.30 na 00.30 już nie pasowali do grafiku, więc jeden jedyny raz zdyszany przybiegłem po pewnym czasie, zdążyłem się ostro wkręcić w około 50 sekund utworu który…okazał się być ostatnim. Ach, gdyby tak cały koncert… Z innych niewidzianych rzeczy żałuję również The Field, Best Coast i Beach House.
Wyróżnienia pozamuzyczne:
Katalończycy – czyli synteza tego co lubię: luz i dobra organizacja, Włosi i powiedzmy Holendrzy w jednym. Z jednej strony: cudownie zrelaksowani i potrafiący się świetnie bawić, z drugiej strony: grzeczna, równiutka kolejka do autobusu nocnego w szczytowym po-koncertowym momencie dla każdego Polaka musi stanowić poważny szok (i nieprawda że próbowaliśmy oszukać, z przodu było po prostu lepiej widać
. Plus nieodparte wrażenie że oni całe życie spędzają w parkach i pubach. Tak to przynajmniej wyglądało z pozycji turysty.
La Barceloneta – dawniej rybacka dzielnica, obecnie zaskakująco mało turystyczna jak na lokalizację tuż przy plaży, czego dowodem cudownie lokalna, obskurna knajpa bez szyldu polecona przez rodziców Tomka, w której byliśmy jedynymi „fucking tourists” (wg niepisanej zasady musieliśmy przepuścić wszystkich miejscowych:) i w której mimo całkiem dobrej komunikatywności językowej przed konsumpcją nie do końca wiedzieliśmy co zostanie nam podane. Doskonały gospodarz, pyszne kalmary i inne specjalności zakładu, na oko 60-letnie starsze panie robiące za kucharki i kelnerki, wszyscy znają wszystkich itd….stanowczo hit.
Jegermeister – czyli najciekawsza scena soboty. Zasady były proste: przede wszystkim dać się poczęstować shotem przez coraz bardziej rozluźnione hiszpanki, a dalszych reguł zabawy nie ogarniały do końca chyba same organizatorki, nieważne, grunt że staneliśmy w kolejce 4 razy (ostatni raz podwójnie) Dziękujemy niejakiemu Krzysztofowi z forum Furs za rekomendacje…
Rozczarowania
Cocorosie – mój czwarty koncert sióstr (ze Sierrą mogliśmy sobie pstryknąć fotę gdy na przedfestiwalowym przejściu dla pieszych wcinała hamburgera, ale koledzy się wstydzili) i już o jeden za dużo. To jednak jest cały czas to samo (no i nowa płyta słaba) ale „Turn me on” Kevina Lyttle tradycyjnie najlepsze.
Panda Bear – ja nie mówię, na płycie może to i zabrzmi fajnie, ale na koncercie budziło najgorsze wspomnienia z okresu kiedy Panda nagrywał niesłuchalne elegijne pastorały. Noah zresztą wyglądał jakby miał mocno wylane na fakt obecności lub nie kogokolwiek pod sceną, a odbiór pierwszych 15 minut zbyt cicho nagłośnionego koncertu umilał dudniący z sąsiedniej sceny Les Savy Fav. Z tej wątpliwej atrakcji wychodzili nawet znani polscy dziennikarze we własnej osobie, więc ja tym bardziej mogłem. Szkoda.
Ok., to w przyszłym roku Sonar. W czerwcu jest jeszcze cieplej i podobno na plaży świetnie świętuje się San Juan’a. A obiecałem sobie że muszę jeszcze spróbować królika po katalońsku.