Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light

Kwiecień 29, 2012

Jason Pierce, człowiek o image’u chodzącej używkowej tablicy Mendelejewa, rekonwalescent po ciężkim zapaleniu płuc, przez które „technicznie dwukrotnie już nie żył” wraca z energią i wiarą jaką może dać tylko wizyta w zaświatach.

Jednoosobowy szef projektu Spiritualized klarownie wykłada młodym adeptom gitary jak bezużyteczny to instrument kiedy brak odpowiedniej charyzmy. Wraca z płytą na której nie brak brudnych akordów i psychodeliczno-rockowego zamętu, a jednocześnie być może najbardziej zwartą, piosenkową i przebojową w karierze. Na której bardzo spójnie łączy wszystkie dotychczasowe spirytualne wątki: żarliwy uduchowiony gospel (moja ulubiona część składowa ich muzyki), bluesowo-rockową energię, psychodelię oraz tę specyficzną, kosmiczną, nierealną lekkość („ladies & gentleman we’re floating in space”), która zawsze chroniła jego zespół przed wpadnięciem w koleiny gitarowej toporności. To musiało skończyć się sukcesem.

Niczym taktyk o medialnym zmyśle Jose Mourinho świetnie rozkłada akcenty dbając, aby każda frakcja jego publiki otrzymała na czas swój kawałek tortu. Brudny, motoryczny rock spod znaku Velvet Underground (nietrudno wytypować, że będzie to otwierający „Hey Jane”), kosmiczna psychodelia („Get What You Deserve”, „Heading for the Top Now”), rozbrajająco naiwne i bogato zorkiestrowane ballady o bólu serca („Too Late”) oraz oczywiście gospelowy, rozbuchany, pompatyczny Wielki Finał, w którym śpiewa wraz z 11-letnią córką Poppy (cute, huh?) wszystko to koegzystuje zbyt dobrze, żeby nie wyczuwać tu ręki wytrawnego stratega, który w studiu stracił pół życia i wątroby i nagrał więcej dobrych albumów niż rockowa młodzież piosenek.

To najbardziej krzepiąca z raczej programowo melancholijnych płyt Spiritualized. Były lider Spacemen 3, jak na 46-letniego rock’n’rollowca przystało, ma w głowie sporo anegdot o przegranych bataliach z życiem, ale mimo kilku historii pod tytułem „znowu w życiu mi nie wyszło” po ostatnich dźwiękach zostajemy raczej z uczuciem buddyjskiego niemal spokoju oraz żarliwego „alleluja i do przodu”. Zarówno muzycznie jak i tekstowo Pierce kontynuuje cudnie naiwny przekaz postrzelonego wizjonera, ale nawet w najbardziej tkliwych balladach daleko mu do mazgajstwa, a stężenie „duchowego pierwiastka” w muzyce zapewniłoby mu honorowe miejsce na balkonie każdego kościoła na południu Stanów.

Kamień milowy w twórczości grupy – słynny „Ladies and Gentleman We Are Floating in Space” opakowaniem przypominał niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia mocno chemiczny specyfik. I zapewniał sporo niepowtarzalnych jazd po bandzie. „Sweet Heart Sweet Light” jest bardziej pozytywnie refleksyjny, mocniej trzyma się w ryzach, bliżej mu do solidnego jointa świetnej jakości trawy. Sam Pierce po ponad dwudziestu latach tworzenia pod hasłem, które przyświecało jego pierwszemu zespołowi – „Taking Drugs to Make Music to Take Drugs To” – przymusowo przerzucił się zapewne na tabletki dostępne legalnie w aptekach. Ale flow ma najlepszy od 15 lat.


Reklamy

2011

Grudzień 27, 2011

01. Destroyer – Kaputt

Eleganckie, budyniowo marzycielskie, nieinwazyjne na pierwszy rzut ucha najnowsze szkice Dana Bejara nie są w stanie ukryć pokładów  charyzmy godnej prawdziwego barda. Tym razem w roli dżentelmena na wytrawnym przyjęciu. Syntetyczne, subtelnie transowe podkłady do których najlepiej pasują przedrostki soft i smooth płyną ponad chodnikami napędzane wibrującymi, ejtisowymi z rodowodu dęciakami. Na ich tle Bejar niedbałym głosem sentymentalnie podchmielonego mężczyzny z przeszłością przy zmysłowym akompaniamencie Sibel Trasher opowiada abstrakcyjne historie pełne gotowych cytatów na facebookowe statusy. Liryczne momenty zawisają w pamięci niczym babie lato w powietrzu, a nieoczywista, impresyjna aura czyni je odpornymi na znużenie niezależnie od pory roku.

02. James Blake- James Blake

Człowiek o aparycji i uśmiechu idealnego wnuczka, nadzieja brytyjskiego post-dubstepowego klubowego światka olał oczekiwania i poszedł własną drogą czym zdołał już zdobyć pokaźną grupę hejterów. Same podkłady, czasem będące zredukowanym echem połamanych rytmicznie, zaszumionych dubstepów z wcześniejszym epek, rzadziej fortepianowymi miniaturami, tracą znaczenie będąc akompaniamentem dla mantrowej, żarliwej wokalistyki stanowiącej coś w stylu zbolałego, modulowanego, oszczędnego gospel. Blake fascynująco jak nikt w tym roku pokazał że cisza, pauza, zabawa dźwiękowym minimalizmem to również elementy muzyki.  Oraz że ma własną wizję, sporo pomysłów i nie chce być częścią żadnego trendu.

03. Panda Bear – Tomboy

Lizbona Noah Lennoxa musi być harmonijnym miastem pełnym psychodelików najlepszego sortu.  Dźwiękowa magma pełna słonecznej psychodelii bulgocze tym razem w formie trochę bardziej skondensowanej. A dzięki temu jeszcze bardziej ujawnia popowy potencjał i melodyczne wzorce godne najlepszej wilsonowskiej szkoły, nie tracąc nic na polu wżerającego się w mózg transu. Psycho-chill-out świeży i orzeźwiający niczym bryza znad oceanu. Dodatkowy plus za „kibolskie” sample w „Benfice” .

04. Julianna Barwick – The Magic Place

05. Rustie – Glass Swords

06. Blood Orange – Coastal Grooves

07. Toro y Moi – Underneath the Pine/ Freaking Out Ep

08. Radiohead – The King of Limbs

09. Wizz Khalifa – Rolling Papers

10. Kuedo – Severant

11. Emma Dax – Emma Dax

12. Araabmuzik – Electronic Dream

13. Feist – Metals

Mes que un viaje – czyli Primavera Barcelona

Czerwiec 1, 2010

Nie lubię festiwali. W każdym razie nie przepadam. Takie refleksje szumiały mi w głowie już na jednym z ostatnich Openerów kiedy zredukowałem ilość koncertów obejrzanych pierwszego dnia do skromnej liczby dwóch. Słuchanie siedmiu świetnych setów pod rząd przypomina przyjemność z siódmego pysznego deseru po tym samym obiedzie. Sprinty między scenami to zawsze jest zmora, a jeśli założymy że każdy koncert ma swoją dramaturgie, wstęp, rozwinięcie i zakończenie, to zwijanie się po 20 minutach przypomina wychodzenie z meczu przed pasjonującą dogrywką.

Utwierdzenie się w takim przekonaniu połączone z rosnącym podejrzeniem że czerwcowy Sonar ma jednak lepszy line-up nie przeszkodziło mi z dziką satysfakcją wsiadać do samolotu (pozdrowienia dla Jacka! ;), zwłaszcza że oprócz trzech dni festiwalu czekały jeszcze 4 dni błogiego odkrywania smaków i uroków stolicy Katalonii…

Ale skoro miało być o festiwalu… Założenie – brak napinki, oglądanie w miarę całych koncertów – zostało zrealizowane, więc poniżej zestawienie tylko kilku rzeczy wartych, zdaniem autora, odnotowania:

5. Cold Cave

Zbliżając się do Pitchfork Stage (najgorsza scena festiwalu, słabo nagłośniona, wciśnięta obok strefy gastro, o wątpliwym pseudo-industrialnym uroku) rezygnując z Shellaca mogłem tylko żałować, że nie wyszedłem z Pandy wcześniej – wtedy może załapałbym się również wizualnie na mój ulubiony „Life Magazine” – jedyny w czasie koncertu zaśpiewany przez sympatyczną Jennifer Calvin z Mika Miko wspierającą grupę, głównie klawiszowo, na koncertach. Potem nie było gorzej – charyzmatyczna wysoka sylwetka Wesley’a Eisolda schowana w półmroku sceny dobrze korespondowała z nieco gotyckim brzmieniem jego głosu, który – jak na płycie – całkiem udanie zgrywał się z kolei z electro-synth-eighties’owym party. Podobno Państwo potrafią grać 18 minutowe koncerty, tym razem solidnie odpracowali 50 minut (w tym 10 zaszumionej syntezatorowej kakofonii). Jedno z „electro pierdolnięć” jakich dużo za mało było na tym festiwalu.

4. Grizzly Bear

Wyczytałem kiedyś na blogu Bartka Chacińskiego że GB nie potrafią sobie koncertowo poradzić z rozmachem, przepychem i złożonością płyty „Veckatimest”. Koncert w Barcelonie tego bynajmniej nie potwierdził, a warto zaznaczyć, że to ona zdecydowanie dominowała wśród materiału z „While you wait…” i najlepszym chyba, świetnie budującym napięcie „Ready, Able” na czele. Było jak na płycie – wielowarstwowo, wielogłosowo, wielonastrojowo. Zespół na żywo okazuje się być bardzo zwyczajny, czasem aż zbyt, przydałoby się jednak trochę rock’n’rollowego lansu 😉

3. Atlas Sound

W przeciwieństwie do Noah Lennoxa (o czym później) Bradford Cox okazał się być całkiem miłym chłopkiem-roztropkiem, w stylu jakby lekko niedorozwiniętym co jednak bynajmniej nie przeszkadzało licznej publiczności. Mimo mało klimatycznej godziny 19-tej oraz programowego minimalizmu (Bradford z gitarą i harmonijką + pan od pogłosów schowany z boku sceny) zestaw onirycznych psycho-ballad przetykanych nieco żywotniejszymi utworami z ostatniej płyty wypadł więcej niż sympatycznie.

2. The XX

Gdybym kierował się usłyszanymi i przeczytanymi ostrzeżeniami, powinno mnie na tym koncercie w ogóle nie być. Że nuda, że brak napięcia, że monotonne smęty… Nic z tych rzeczy. Było nastrojowo, lirycznie, hipnotyzująco. Skład uszczuplony o Barię Qureshi (niestety tę najładniejszą ze składu), czego wcześniej po mistrzowsku ignorancko nie zauważyłem, nie powala może wizerunkowo, ale to chyba tylko dodaje im naturalności. Zestaw piosenek siłą rzeczy zaskoczeniem być nie mógł, ale pozytywne że jednym z najmocniejszych punktów programu okazał się nagrany niedawno „Do You Mind” co tylko podkręca niecierpliwość przed kolejną płytą. Duża ulga, że koncertowo też dają radę.

1. Tortoise

Tak się bawią, tak się bawią post-rockowe wygi! Doskonały, erudycyjny ale jednocześnie przystępny, raczej kojąco-jazzujący niż eksperymentalny, dwu-perkusyjny (yeah) set, jedyny bodaj znany mi przypadek gdy występ festiwalowy podobał mi się bardziej niż widziany kiedyś gig klubowy. McEntire i spółka sprawiali wrażenie że mogliby zagrać wszystko lepiej od wszystkich na tym festiwalu, ale zagrali po prostu swoje, komfortowa akustycznie pięknie przylegająca do wody scena ATP tylko wzmacniała wiosenny flow, a entuzjazm jaki wzbudziła na tym emo-indie festiwalu bądź co bądź monotonna, kameralna, instrumentalna muzyka był wręcz wzruszający.

Wyróżnienia:

Pavement – od początku przyznawałem, że ja przy nich aż tak nie „doznaję”. Powędrowałem więc beztrosko na Sleigh Bells, potem wróciłem i proszę. Może się nie zakocham, ale szacunek na dzielni mają. Przemiły, odśpiewany chóralnie (przynajmniej w końcówce) zestaw, który w sporej części znałem nawet ja i uroczy Malkmus przy którym nawet kochające żony kolegów traciły na jeden wieczór głowę 🙂

The Books – przeniesieni z 19.30 na 00.30 już nie pasowali do grafiku, więc jeden jedyny raz zdyszany przybiegłem po pewnym czasie, zdążyłem się ostro wkręcić w około 50 sekund utworu który…okazał się być ostatnim. Ach, gdyby tak cały koncert… Z innych niewidzianych rzeczy żałuję również The Field, Best Coast i Beach House.

Wyróżnienia pozamuzyczne:

Katalończycy – czyli synteza tego co lubię: luz i dobra organizacja, Włosi i powiedzmy Holendrzy w jednym. Z jednej strony: cudownie zrelaksowani i potrafiący się świetnie bawić, z drugiej strony: grzeczna, równiutka kolejka do autobusu nocnego w szczytowym po-koncertowym momencie dla każdego Polaka musi stanowić poważny szok (i nieprawda że próbowaliśmy oszukać, z przodu było po prostu lepiej widać ;-). Plus nieodparte wrażenie że oni całe życie spędzają w parkach i pubach. Tak to przynajmniej wyglądało z pozycji turysty.

La Barceloneta – dawniej rybacka dzielnica, obecnie zaskakująco mało turystyczna jak na lokalizację tuż przy plaży, czego dowodem cudownie lokalna, obskurna knajpa bez szyldu polecona przez rodziców Tomka, w której byliśmy jedynymi „fucking tourists” (wg niepisanej zasady musieliśmy przepuścić wszystkich miejscowych:) i w której mimo całkiem dobrej komunikatywności językowej przed konsumpcją nie do końca wiedzieliśmy co zostanie nam podane. Doskonały gospodarz, pyszne kalmary i inne specjalności zakładu, na oko 60-letnie starsze panie robiące za kucharki i kelnerki, wszyscy znają wszystkich itd….stanowczo hit.

Jegermeister – czyli najciekawsza scena soboty. Zasady były proste: przede wszystkim dać się poczęstować shotem przez coraz bardziej rozluźnione hiszpanki, a dalszych reguł zabawy nie ogarniały do końca chyba same organizatorki, nieważne, grunt że staneliśmy w kolejce 4 razy (ostatni raz podwójnie) Dziękujemy niejakiemu Krzysztofowi z forum Furs za rekomendacje…

Rozczarowania

Cocorosie – mój czwarty koncert sióstr (ze Sierrą mogliśmy sobie pstryknąć fotę gdy na przedfestiwalowym przejściu dla pieszych wcinała hamburgera, ale koledzy się wstydzili) i już o jeden za dużo. To jednak jest cały czas to samo (no i nowa płyta słaba) ale „Turn me on” Kevina Lyttle tradycyjnie najlepsze.

Panda Bear – ja nie mówię, na płycie może to i zabrzmi fajnie, ale na koncercie budziło najgorsze wspomnienia z okresu kiedy Panda nagrywał niesłuchalne elegijne pastorały. Noah zresztą wyglądał jakby miał mocno wylane na fakt obecności lub nie kogokolwiek pod sceną, a odbiór pierwszych 15 minut zbyt cicho nagłośnionego koncertu umilał dudniący z sąsiedniej sceny Les Savy Fav. Z tej wątpliwej atrakcji wychodzili nawet znani polscy dziennikarze we własnej osobie, więc ja tym bardziej mogłem. Szkoda.

Ok., to w przyszłym roku Sonar. W czerwcu jest jeszcze cieplej i podobno na plaży świetnie świętuje się San Juan’a. A obiecałem sobie że muszę jeszcze spróbować królika po katalońsku.

tracklista 19 maja, 22.00

Maj 20, 2010

01. cibelle – underneath the mango tree
02. the clientele – tonight
03. low – monkey
04. lcd soundsystem – all i want
05. grizzly bear – fine for now
06. sam amidon – wedding dress
07. nico muhly – the only tune
08. forest swords – if your girl
09. ducktails – welcome home (i’m back)
10, dunian – mind body mind
11. the xx – hot like fire

tracklista 12 maja

Maj 12, 2010

12.05, 22.00

01.the drums – saddest summer
02. sleigh bells – tell’em
03. crystal castles – baptism
04. toro y moi – human nature
05. lone – waves imagination
06. neon neon – i lust you
07. twilight singers – rallroad lullaby
08. dominique leone – goodbye
09. sam amidon – relief
10. the drums – down by the water
11. yo la tengo – more stars than there are in heaven

trakclista 5 maja

Maj 9, 2010

środa, 5 maja, g.22.00

01. cassie – me&u
02. m.i.a. – uraqt
03. annie – heaven and hell
04. lilly allen – 22
05. oOooO – noSummr4you
06. aaliyah – hot like fire
07. shafiq hussayn – lil girl
08. fatima & dam funk – warm eyes
09. dani siciliano – why can’t i make you high
10. nosowska – milena
11. the sight below – new dawn fades (joy division cover)

smutne disko, 21.04.2010

Kwiecień 22, 2010

afera.com.pl/ 98,6fm/ 22.00

01.mystery jets – flakes
02.caribou – found out
03.crystal castles – air war
04.lonelady – if not now
05.anathallo – the river
06.matthew herbert – milan
07.kings of caramel – this tree
08.autechre – known 1
09.avril – global headphones
10.bracken – heathens

tracklista 14.04.2010

Kwiecień 14, 2010

środa, 14.04. godzina 22.00

01. best coast – when i’m with you
02. school of seven bells – half asleep
03. m83 – we own the sky
04. future trends – beach house
05. sally shapiro – jackie jackie
06. twin sister – lady daydream
07. laika – t.street
08. atlas sound – criminals
09. a sunny day in glasgow – failure
10. cocteau twins – lorelei
11. christian fennesz feat. sparklehorse – goodnight sweetheart
12. dj sprinkles – ball’r (madonna-free zone)

tracklista 7.04.2010

Kwiecień 12, 2010

Środa, 7.04.2010 godzina 22.00

01.cold cave – life magazine
02.super collider – darn (cold way o’lovin)
03.four tet – sing
04.caribou – odessa (nite jewel mix)
05.cocorosie – god has a voice, he speaks through me
06.hecuba – extra connection
07.hecuba – paradise
08.coyote clean up – can’t shake the full moon
09.el guincho – polca mazurca
10.acress – i can’t forgive you

tracklista 31.03

Kwiecień 1, 2010

01.erykah badu – the healer
02.sa-ra creative partners – i swear
03.daedelus – was waiting
04.erykah badu – turn me away
05.paul white – trying to tell you
06.jimi tenor – can’t stay with you baby
07.junior boys – sneak a picture
08.bibio – haiquesque
09.matthew herbert big band – the three w’s
10.ekkehar ehlers plays john cassavetes